logo

Pożegnanie Szarusia

11 sierpnia 2017

My jesteśmy bardzo  wdzięczni Pani Bożenie i Jej mężowi za każdą godzinę miłości poza schroniskiem W DOMU.

Szaruś był jednym z niewielu schroniskowych weteranów, którym dane było umrzeć u boku kochających LUDZI, a nie w schronisku , za kratami.

Miesiąc temu, 25 czerwca, pojechałam do Schronisko dla Zwierząt w Opolu na pierwsze spotkanie z Szarusiem.
Przed bramę wyprowadziły go Pani Gosia i Pani Ala (cudowne osoby – dziękuję Wam za pomoc, wielkie serce i wsparcie)
Psiak, początkowo nieufny, daje się przekupić smakołykami. Spędzamy kilka chwil w okolicy Schroniska dając mu czas na zapoznanie się ze mną na jego terenie.
Szaruś ma ok 25 kg, jest dość leciwy (w książeczce zdrowia podany jest wiek 16 lat) i bardzo schorowany. Wiem, że choroby, na które cierpi są nieuleczalne. Wiem, że mało czasu mu zostało. Wiem, że w Schronisku już nic go nie czeka. Wiem, że zdrowia mu nie zwrócę. Wszystko to wiem…
Pakujemy go do auta i jedziemy do DOMU.
DOM – termin dla Szarusia kompletnie obcy. Przerażają go nawet szyby w drzwiach, w które uderza chcąc wyjść do ogrodu. On zna tylko kraty… Jest zestresowany i nie spuszcza z oka swoich opiekunek. Tylko one to jakaś stała w jego życiu. To jedyne osoby, które tu zna. Jedyne osoby, dla których coś znaczy. Jedyne, którym nie jest obojętny jego los. Jedyne, którym ufa. Jeszcze nie wie, że w tym wąskim kręgu „zaufanych” pojawił się ktoś, kto bardzo chce dać mu miłość i opiekę. Na jego zaufanie muszę jednak jeszcze poczekać.
Tymczasem chore serduszko bije jak szalone i całe wypełnia się lękiem. Wiemy, że nie można się spieszyć, że nie można robić nic na siłę. Decydujemy, że na noc Szaruś wróci do Schroniska a rano damy sobie kolejną szansę. I tak przez kilka dni, drobnymi kroczkami przyzwyczajamy Szarusia do nowej sytuacji.
Niestety źle układają się stosunki z psem rezydentem. Szaruś ewidentnie nie chce go w pobliżu, broni „swojego” kawałka tarasu (pokochał go! to jego najlepsze miejsce na świecie). Próby zaakceptowania się psów pełzną na niczym…Po pięciu dniach się poddajemy. Uznajemy, że to się nie uda i że Szaruś musi wrócić do Schroniska… Przyjeżdża pani Ala i zabiera Szarusia do schroniskowego boksu…
Szaruś zawiódł….?
Nie. JA ZAWIODŁAM. Na całej linii. Dałam psiakowi pięć dni i oczekiwałam cudu. Pięć dni. I się poddałam. Wstyd mi na samo wspomnienie.
Wieczorem podejmujemy z mężem decyzję: Szaruś będzie u nas. BEZWARUNKOWO.
Pierwsze wspólna noc, pierwsza pobudka, pierwsze śniadanie. Szaruś szczęśliwy, wygląda na całkiem zadomowionego. Rozpoczynamy krótkie spacery by mógł sobie poznać okolice. Każdy metr to wielki wysiłek ale ciekawość nowego świata jest większa od zmęczenia i bólu. Interesuje go wszystko! Wszędzie przecież tak inaczej pachnie, tyle tu nowych fantastycznych miejsc.
I dzisiaj mija miesiąc.
Były lepsze i gorsze dni.
Były wielkie radości i próby merdania obolałym ogonkiem.
Były dni, które wymagały pomocy lekarskiej.
Był brak apetytu, apatia i ból.
Był nagły powrót sił, energii i wilczego apetytu.
Tak, to był miesiąc wszystkiego. Ale cokolwiek się działo było w otoczeniu miłości. Czystej. Bezinteresownej.
Pokochałam go jak wariatka.
A Szaruś wykorzystał każdą minutę tego miesiąca najlepiej jak umiał.
Dostał nieskończoną ilość buziaków (uwielbiał!)
Dostał głaskanie od rana do nocy.
Przytulanie, masowanie i wspólne polegiwanie na materacu.
Dostał wszystko co umiałam mu dać.
On dał mi całego siebie.
Zaufał mi.
Pokochał.
Tak nam minął wspólny miesiąc…
Następnego nie będzie.
Jego serduszko przestało bić dzisiaj o 8.50
Umarł szybko i spokojnie. Obok mnie. Tak jak mu obiecałam.
Dostał miejsce w naszym domu, szkoda że nie mógł zostać dłużej. W moim sercu jednak mieszkać będzie już na zawsze.

Comments are closed.